Gadżety i dodatki motocyklowe – doświadczenia własne

IMG_4191Motocykle przeżywają renesans swojej popularności. Na ulicach jest ich coraz więcej, coraz więcej osób jest też zarażonych bakcylem jazdy motocyklowej. Co tu ukrywać, można też na czyimś hobby zarobić, a na swoje hobby wydać wszystkie pieniądze. Postanowiłem podzielić się z Wami kilkoma doświadczeniami związanymi z gadżetami różnego rodzaju, których zakup miał większy lub mniejszy sens.

.

Intercom – czyli urządzenie umożliwiające rozmowy podczas jazdy z pasażerem, ewentualnie z drugim motocyklistą na innej maszynie. Zakupiliśmy nieco droższy intercom (F4), który umożliwia rozmowę przez 10godzin i w odległości do 500m. Przedtem porozumiewanie się na motocyklu było swoistym wyczynem polegającym na oklepywaniu się w określony sposób lub darciu buzi z głową odwróconą tyłem do kierunku jazdy przy małych prędkościach, żebyśmy mieli szansę cokolwiek zrozumieć. Jeszcze weselej było na zakrętach, kiedy moja pasażerka starała mi się przekazać informację wychylając mi motocykl. Intercom niezaprzeczalnie poprawił nasze bezpieczeństwo i umożliwił porozumiewanie się podczas jazdy. Jednak powyżej 140km/h intercom przestaje umożliwiać komfortową rozmowę, a przy 160km/h możemy krzyczeć i niewiele siebie zrozumiemy (łapiemy pojedyncze słowa). Bardzo ważna jest możliwość prowadzenia rozmów przez długi czas, bo okazuje się, że jechać można spokojnie cały dzień. Najgorsze co może być, to jak bateria nam padnie i okaże się, że już się nie pamięta, jak to było bez intercomu. 10godzin gadania jest wystarczające. Przynajmniej jak do tej pory…. Całkiem ciekawym doświadczeniem jest możliwość skorzystania z zasięgu 500m. Na stacji benzynowej pasażer może spokojnie pójść zapłacić za benzynę i zrobić zakupy, a my siedząc na motocyklu cały czas mamy z nim kontakt. Zdecydowanie polecamy intercom. Nie zabierajcie go ze sobą jednak włączonego do toalety 🙂

.

Nawigacja motocyklowa (Garmin Zumo) – nim zakupiliśmy nawigację, Monika wypisywała całą trasę na kartce, lub ręku i potem sterowała mną z tylnego siedzenia. Wadą takiego rozwiązania była mała odporność na wiatr (kiedy mapa/zapiski wylatywały z dużą prędkością w kosmos), lub też coś się nam pomyliło, albo jakiś odcinek trasy był zamknięty. I wtedy zawitał do nas Garmin. Kochamy go i przeklinamy na przemian. Garmin poprawił nasze bezpieczeństwo, bo już nie musieliśmy się komunikować, ale przysporzył nam też nie lada atrakcji. Nawigacja motocyklowa różni się od zwykłej samochodowej przede wszystkim tym, że jest parokrotnie droższa, jest odporna na deszcz, ma mocowanie, które umożliwia przypięcie jej do motocykla, ma Bluetooth umożliwiający sparowanie jej z intercomem (wtedy powinniśmy słyszeć, jak nawigacja do nas gada), ma wyświetlacz, który jest widoczny, nawet kiedy słońce na niego pada, można go obsługiwać w rękawicy. Tyle teoria. W praktyce Garmin to solidnie wykonana nawigacja, która faktycznie jest odporna na działanie warunków atmosferycznych. Niemniej sparowanie nawigacji z naszym F4 za pomocą Bluetootha pozostawia wiele do życzenia. W momencie, kiedy nawigacja stara się do nas przemówić, rozłącza rozmowę między kierowcą i pasażerem i potem powinna ją podłączyć, a nie zawsze o tym pamięta. Pół biedy, jeśli pomiędzy jednym gadaniem nawigacji, a drugim jest pół kilometra, bo wtedy jest szansa, że rozmowa zostanie załączona przy następnej okazji. Jeśli jednak pomiędzy informacjami jest odległość 60km, możemy tak jechać i jechać nie mogąc porozmawiać z pasażerem. Mniej optymistyczna wersja jest taka, kiedy Garmin się nie ma ochoty sparować z intercomem. Wtedy wyłączamy Bluetootha i jedziemy na cicho. Natomiast najbardziej wkurzającą sprawą są mapy Garmina. Garmin proponuje wiele rozwiązań. My wybraliśmy takie, w którym mamy za darmo aktualizacje map. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Garmin jest firmą amerykańską i z mapami Europy jest – mówiąc z japońska: „tak se”. Raz, że pokazywane są drogi, których nie ma, albo nie ma dróg, które są w rzeczywistości. Najgorsze jest to, że Garmin nie zawsze szczęśliwie dobiera trasy: z Płocka do Augustowa przez Warszawę, z Warszawy do Płocka trasą która ma 220km (a tak normalnie przejeżdżamy 120km), do Wilna zrzuca z autostrady na poboczne drogi, w przypadku pomyłki wyprowadzi motocykl na drogę przez kilkukilometrową polną trasę rowerową, a kiedy będziecie chcieli przejechać z Warszawy do Rygi poruszając się po drogach Unii Europejskiej zaproponuje Wam trasę przez Białoruś. Oczywiście, ktoś powie hola hola, przecież masz możliwość wyboru trasy (proponowane są 2-3 możliwości). Możesz też stworzyć trasę sam tworząc punkty pośrednie. Ale spróbuj taki punkt ominąć, a nawigacja już Ci nie wybaczy i ściągnie Ciebie zewsząd na opuszczony wcześniej punkt. Nie zawsze też na małym monitorze dostrzeżesz wszystkie smaczki proponowanej trasy. To co Google Maps proponuje jako rozwiązanie jest zazwyczaj dosyć trafne. To co proponuje Garmin to zazwyczaj challenge.

.

Podgrzewane manetki – jeśli jeździcie zimą przy temperaturach poniżej zera, to zdecydowanie się podgrzewanie manetek przydaje. Acha, co to są manetki? Manetki to są rączki kierownicy, za które się trzymamy i operujemy np. gazem. Jeśli jechaliście kiedykolwiek w zimą, to wiecie, że na krótkim dystansie ręce zamarzają piorunem. Do pracy mam 8-10km zależnie od trasy. Ponieważ mówimy o Warszawie, więc po drodze jest masę świateł, korki. To nie jest 8km naraz. Przez ten krótki czas potrafię przy -5stopniach C stracić czucie w palcach i mieć poważne problemy z użyciem hamulca, czy zmianą biegów (klamka sprzęgła). Podgrzewane manetki pozwalają mi ten czas przeżyć w pełni świadomie operując i hamulcem i sprzęgłem. Trzeba jednak pogodzić się z tym, że nastawiamy grzanie na full, motocykl pożera prąd, a my na postojach będziemy zaciskać z całej siły ręce na manetkach, byle się ogrzać. Włączenie manetek za późno niestety nie doprowadzi nam zmarzniętych rąk do używalności. Nie można pozwolić na to, żeby ręce nam przymarzły. Podczas grzania na full zdarza się, że rozgrzana kierownica utrudnia operowanie manetką gazu. Niemniej – póki się nie spali instalacja elektryczna – rozwiązanie jest przednie.

.

Alarm – jeśli chcecie ubezpieczyć swój motocykl, czasem wymagane są dodatkowe zabezpieczenia antykradzieżowe i wtedy montuje się alarm. Niektórzy montują alarm z własnej nieprzymuszonej woli. Żeby utrudnić życie złodziejowi. A w rzeczywistości utrudniamy życie samym sobie. Do tej pory miałem do czynienia z dwoma alarmami. Jednym w cruiserze, gdzie alarm uzbrajało się samemu i rozbrajało również przy użyciu pilota. Specjalnego problemu osobiście nie miałem, ale wielu moich kolegów utykało podczas deszczu na wielkich podjazdach np. w górach z wyłączonym silnikiem, bo alarm miał zwarcie i postanowił wszystko wyłączyć w środku jazdy. Jedynym moim problemem było zestrojenie alarmu tak, żeby nie informował o każdym owadzie, który przelatuje w okolicy. Dopiero alarm na enduro dał mi naprawdę w kość. Alarm uzbraja się po pół minuty od wyłączenia zapłonu i nie pyta się nas o zdanie czy chcemy, czy nie. Uzbraja się i już, blokując silnik. Czyli jeśli wyłączymy silnik i odejdziemy na trochę, będziemy musieli rozbroić alarm, żeby ponownie włączyć silnik. Jeśli w czasie tych 30 sekund sami uzbroimy alarm, to alarm dodatkowo będzie czuły na zmiany położenia. Czujnik zmiany położenia jest jednak zaprojektowany w moim motocyklu nieco mądrzej niż w cruiserze. Motocykl naprawdę musi zostać poruszony, żeby zaczął wyć. Klaśnięcie obok w dłonie nie spowoduje, że obudzimy wszystkich sąsiadów. Niemniej haczyk tkwi w czym innym – alarmu nie rozbroimy z pilota w centrum miasta, pod nadajnikami radiowymi, przy silnych polach elektromagnetycznych (np. linie tramwajowe). Jeśli nie znamy kodu bezpieczeństwa, który odpalany jest z pomocą klucza w stacyjce, to jesteśmy zdani na pchanie motocykla w miejsce, gdzie sygnał pilota nie będzie zakłócany z zewnątrz. Przykład – zostałem zatrzymany na Rondzie Dmowskiego w centrum Warszawy do kontroli. Pierwsze polecenie wyłączyć silnik. Wyłączacie, alarm zaraz się uzbraja. Po 10 minutach chcecie zjechać i niespodzianka – alarm nie widzi pilota. Na nic siłowanie się z przyciskami pilota. Musiałem poprosić innego kontrolowanego motocyklistę o zepchnięcie mnie z ronda. Potem jeszcze sam pchając motocykl musiałem znaleźć się w bramie, żeby być otoczony ze wszystkich stron ścianami. I…. eureka działa. Nauczyłem się kodu bezpieczeństwa na pamięć i działa…… tyle, że jak bym wiedział, w życiu bym nie instalował alarmu. Szkoda nerwów. Chociaż trzeba przyznać, że jeśli zostawicie kluczyli w stacyjce to nikt nie będzie miał szans odjechać motocyklem bez znajomości kodu. Kiedy czytałem Monice tekst przed zamieszczeniem na stronie oburzyła się, że nic nie napisałem o samym rozbrajaniu alarmu z kodu. Macie pięciocyfrowy kod, musicie przekręcać kluczyk, który jest w stacyjce z przodu motocykla i liczyć mignięcia lampki od alarmu, która znajduje się z tyłu motocykla. Jeśli macie założone kufry boczne, to tej lampki sami nie zauważycie. Musi Wam ktoś pomóc i liczyć kiedy się zapala światełko. Ktoś długo musiał myśleć nad tym rozwiązaniem.

.

Pokrowiec na motocykl – ochrania motocykl przed deszczem. Za banalne. Mój ma jeszcze jedną funkcję. Zniechęca przechodniów do poklepywania motocykla, wsiadania na niego i kręcenia manetką gazu. Pod pokrowcem możecie też schować ubrania np., o ile nikt nie zauważy, że zostawiacie skarby. Na co jednak należy zwrócić uwagę? Pokrowce bardzo lubią się zesmalać na rozgrzanych rurach wydechowych (to jest około 200stopni C). Warto zainwestować w pokrowiec, który jest odporny na takie temperatury, ale nawet wtedy ważne jest to, żeby rura wydechowa nie dotykała bezpośrednio do pokrowca. Niektórzy wciąż nie rozumieją po kiego grzyba nakrywam motocykl. Jest bezpieczniejszy.

.

Dodatkowy mocniejszy klakson produkcji azjatyckiej – w cruiserze zainwestowałem parę złotych w mocniejszy klakson. Kiedy kupowałem klakson ślimakowy, na zdjęciu w sklepie internetowym wyglądał bardzo solidnie, cały pokryty chromem. Kiedy jednak przyszedł już do mnie, okazało się, że całość wykonana jest z plastiku i ogólnie nie wygląda zbyt solidnie. Bardzo mile byłem zaskoczony skutecznością klaksonu. Wszyscy intruzi byli zmiatani wręcz spod kół mojego motocykla. Wszystko do czasu dużego deszczu i prędkości ponad 100km/h, kiedy do ślimaków dostała się woda i spowodowała zwarcie. Jadę rzeczone 100 i kilka km/h, deszcz dudni mi w kask i nagle słyszę potworne „buuu”. Ale nie wiem, kto trąbi, zastanawiające jest to, że wszyscy przyglądają się mojemu motocyklowi. W końcu dochodzi do mnie smutna prawda, że mam zwarcie. Nie jestem w stanie wyłączyć klaksonu i muszę na szybko uciąć kable. Potem zrobiłem sobie łącza, które w razie draki można było rozłączyć, bez konieczności używania noża. Wniosek – mocny klakson – rewelacja, ale nie azjatycki….

.

Halogeny na motocyklu ze słabą instalacją elektryczną. Dodatkowe oświetlenie jest naprawdę czymś bardzo potrzebnym. Jesteście lepiej widoczni i sami widzicie więcej. Problem w tym, kiedy nieco przeholujecie z ilością rzeczy, które podpięliście pod instalację elektryczną motocykla. Ciemny zimowy wieczór, jedziecie, światła mijania i oczywiście halogeny włączone. Wjeżdżacie na skrzyżowanie na zielonym świetle i nagle na skrzyżowanie wpada ciężarówka na czerwonym. Dotykacie klaksonu i…… gaśniecie na samym środku. Nie ma światła, mocy, wszystko zgasło. Stoicie na samym środku nieoświetlonego skrzyżowania niewidoczni, nieoświetleni, bez możliwości zapalenia silnika, na 300kg klocu, który średnio szybko się daje zepchnąć ze skrzyżowania. Widzicie nadjeżdżające samochody i słyszycie pisk opon – właśnie ktoś Was zauważył. Wrażenia bezcenne 🙂 Dzięki Manitou światła w V-Stromie są znaczne i dodatkowych specjalnie nie trzeba.

.

Nóżka centralna – w motocyklu z napędem łańcuchowym rzecz wręcz niezbędna. Wszak jakoś trzeba smarować łańcuch i wtedy wygodnie jest mieć możliwość pokręcenia kołem wiszącym w powietrzu. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego nóżki centralne nie są montowane seryjnie w motocyklach z łańcuchem. A jeśli nie są – uważajcie, bo być może producent motocykla nie przewidział miejsca na taką nóżkę i prześwit motocykla jest zbyt mały, żeby bezpiecznie ją zamontować. Kiedy kupowaliśmy V-Stroma motocykl był dla mnie za wysoki, więc go obniżyliśmy na kościach zawieszenia (nigdy tego nie róbcie!). Póki jeździłem sam – nic się nie działo. Kiedy jednak zainstalowaliśmy pasażerkę i bagaż razem z kuframi, szybko się okazało, że przycieramy i to na prostej. Zgadnijcie czym? Nóżką centralną. Niech przestrogą będzie to dla Was, bo takim motocyklem wyjechaliśmy z salonu. Nikt nie miał bladego pojęcia, że będzie przycierał. A rozwiązanie było proste – oryginalne kości zawieszenia i obniżona kanapa. I nóżka centralna się ostała.

.

I może na dzisiaj starczy, bo Was i tak zanudziłem. Motocykle to nieustająca przygoda. Kto nigdy nie kochał, ten nie wie 🙂

.

Pozdrawiam

Mariusz

Udostępnianie

1 thought on “Gadżety i dodatki motocyklowe – doświadczenia własne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.