Książka, która odmieniła moje życie

Każdy z Was ma najprawdopodobniej książkę, która w zdecydowany sposób wpłynęła na Wasze życie. Dla niektórych były to książki przygodowe, dla niektórych Biblia, dla jeszcze innych poradnik małego lekarza. Nie mam problemu ze wskazaniem książki, która zdecydowanie najbardziej na mnie wpłynęła i zasiała nieśmiertelnego bakcyla zainteresowania chemią, a była to książka „225 doświadczeń chemicznych” Kurta Waselowsky’ego. Chociaż wielu z Was skwituje to uśmiechem, no bo jak taka książka może cokolwiek, to w moim przypadku sprawiła cuda. Pierwszy raz przeczytałem książkę z wypiekami na twarzy w ósmej klasie szkoły podstawowej. Za sprawą wspaniałej nauczycielki chemii, zajęć w kółku chemicznym i wspomnianej książki zacząłem gorączkowo rozważać wybudowanie laboratorium w domu. Mój biedny ojciec zaczął nawet się zastanawiać jak zrobić wyciąg wykorzystując okno w moim pokoju. Miałem pójść do technikum chemicznego, stało się jednak inaczej. W liceum wcale bakcyl mi nie minął, w bibliotece znowuż wypożyczyłem książkę Waselowsky’ego, którą trzymałem lat kilka, aż panie uznały, że mogę sobie ją przywłaszczyć oddając w zamian kilka innych pozycji. Zrobiłem to z wielką radością. Dzięki książce w domu pojawiły się stężone kwasy i zasady trzymane kompletnie wbrew wszelkim regułom w szafkach a nie pod żadnym wyciągiem. Dla wtajemniczonych – był tam stężony kwas siarkowy, stężony azotowy, 25%roztwór amoniaku, a wszystko spało sobie razem ze mną w jednym pokoju. Niestety sprzęt dostępny u naszych południowych sąsiadów, był niedostępny w Polsce dla ucznia szkoły średniej. Wydawałem wszystkie pieniądze w CEZAS (Centrala Zaopatrzenia Szkół) na szkło, statywy i zestaw „Mały chemik”. Najgorzej było z pozyskiwaniem odczynników, ale przy dużej determinacji wszystko było do zdobycia. Jak- tego nie zdradzę. Z odczynnikami, które miałem i sprzętem nie byłem w stanie przeprowadzić zdecydowanej większości doświadczeń opisanych w książce. Ale znałem je na pamięć. Otrzymanie wody destylowanej, w aparaturze z chłodnicą mojej konstrukcji nie doprowadziło omal do nieszczęścia (chłodnicę stanowiły różnego kształtu rurki szklane, połączone gumowymi rurkami i chłodzone wodą z prysznica. Woda szybko zatkała rurki, ciśnienie wzrosło, a ja jak urzeczony próbowałem odetkać rurki machając moją chłodnicą w wannie). Potem przyszedł czas na syntezę mojego pierwszego kwasu solnego. Stężenie żadne, ale jaka radość. Po kilku tygodniach w mojej szafie zrobiło się pomarańczowo od tlenków azotu (dla niewtajemniczonych to jest trucizna!!!). Usunąłem je nie mówiąc nic rodzicom za pomocą odkurzacza. Książki, które trzymałem nad kwasami (jak cudownie, że nie było tam książki Waselowsky’ego), po prostu się połamały. Próba pracy z amoniakiem zmusiła mnie do natychmiastowego ewakuowania się z domu. Nie miałem kompletnie pojęcia jak powinienem postępować ze szkłem, nie wiedziałem, że szkło, które kupiłem nie nadawało się do prowadzonych przeze mnie eksperymentów. Bakcyla chemii nie wyleczyła też następna wspaniała nauczycielka z liceum. Wreszcie wylądowałem na studiach chemicznych, gdzie spotkałem jeszcze większych „popaprańców” ode mnie. Sentyment do książki „225 doświadczeń…” pozostał mi jednak na zawsze. Kto wie, może w przyszłości na emeryturze wreszcie uda mi się przejść przez wszystkie doświadczenia, może podsunę książkę mojemu dziecku…

Mariusz

PS. Niech nikt nie powtarza moich głupot – mam szczęście, że nic się nie stało. Z tlenkami azotu nie ma żartów, kwasy i ługi jak się już dostaną do oka, praktycznie nie macie szans na to, żeby było dobrze. Kwas fluorowodorowy jest toksyczny! Nie ryzykujcie.

Udostępnianie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.