Rozrywki w Kraju Kwitnącej Cebuli

      1 komentarz do Rozrywki w Kraju Kwitnącej Cebuli
Zdjęcie z Frago.pl

Zdjęcie z Frago.pl

Nie jestem zbyt zabawowym człowiekiem, ale czasem z musu, a czasem z ciekawości robimy z Moniką coś, czego zwykle nie praktykujemy. Przyjemności jakich doświadczamy, są najczęściej przesłaniane obserwowaniem i doświadczaniem ludzi. Jeśli jesteście wyjadaczami, to ten post Was zanudzi. Dla nas sposób w jaki bawi się nasze społeczeństwo, to pewnego rodzaju novum i przygoda. Chętnie podzielę się z Wami moimi wrażeniami.

Nie jestem fanem wyjazdów integracyjnych, kolacji służbowych oraz spędzania wspólnie czasu z ludźmi, z którymi pracuję. Jestem jednak pracownikiem i wypada mi w pewnych wydarzeniach brać udział. Z okazji kolacji służbowych odkryłem nie tyle kuchnie, bo nie jestem specjalnym smakoszem, ile ludzi, dla których restauracje, puby, kawiarnie są sposobem na spędzanie czasu. Podczas kolacji nie zawsze jestem się w stanie skupić na grzecznościowych rozmowach przy stole i czasem mój wzrok błądzi po sali. Widzę inne grupy, które podobnie jak i my, są grupą współpracowników. Widzę studentów, którzy przychodzą coś zjeść, wypić i przy okazji się pouczyć. Widzę córki z ojcami, synów z matkami, którzy z okazji rocznic, urodzin, czy ot tak sobie spotykają się w restauracji. To, co mnie jednak zawsze fascynuje, to to, ile czasu ludzie są w stanie rozmawiać o jedzeniu. Pomijam konieczność mówienia o tym z grzeczności. Dla niektórych jedzenie to po prostu pasja, o której potrafią mówić godzinami i wracać do tematu sposobu wysmażenia kotleta, albo lepkości ryżu. Przyjemności są w takiej cenie, że wolałbym te pieniądze tysiąc razy wydać w inny sposób. Wszystko to spięte jest klamrą nowego zwyczaju – artystycznej fotografii jedzenia, którą koniecznie trzeba podzielić się z całym światem. W eleganckiej restauracji można uświadczyć ludzi, którzy przywołują kelnera pstrykaniem palcami, rzucą umazane sztućce na stół, obsługę, która na siłę przyniesie nam nie chciany deser (którego nawet nie mogę ruszyć, bo mam celiakię), czy Pana szatniarza, który znacząco i sugestywnie spojrzy na koszyczek wypełniony banknotami o najniższym nominale 20PLN. Ale to wszystko nic….

Byliśmy niedawno w Teatrze Wielkim na przedstawieniu baletowym pt. „Don Kichotte”. Duży budynek wewnątrz czasy świetności ma już za sobą. Są marmury, przestrzenie, wystrój pamiętający jeszcze minione lata 60-te. Przed salą tłumy ludzi, z różnych środowisk. Bilety trzeba rezerwować dużo wcześniej, jeśli chce się mieć zapewnione dobre miejsca. Wchodzimy na salę i widzimy łuszczącą się farbę na ścianach, suficie i małe kratery. Zdecydowanie Teatr wymaga liftingu. Prawie wszystkie miejsca są zajęte, jest dużo dzieci. Ludzie starają się zachowywać, może też przez poczucie uczestniczenia w wydarzeniu kulturalnym. Wszak to Teatr Wielki. Nikogo w dresie nie widziałem. Elegancja jest gwałcona przez nasze społeczeństwo, ale trudno, ideałów nie ma. Przedstawienie mnie zupełnie rozbraja i oczarowuje. Nie potrafię opisać słowami tego, co widzę. Jest po prostu pięknie, a wspomnienie chwili, w której cała scena zapełnia się baletnicami w śnieżnobiałych tutu, białych rajstopach i w ślicznych pozach nie opuści mnie bardzo długo. Podczas spektaklu artyści dostają wiele zasłużonych braw. Jedziemy z Moniką do domu ciesząc się, że tak spędziliśmy czas. Szkoda nam wnętrz Teatru w widoczny sposób wymagających remontu. Na pewno jednak chętnie tu wrócimy. I na pewno to nie Teatrowi chciałem dać palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o zło i zachowanie naszych rodaków. To tylko kontrast. Cierpliwości, przeczytajcie dalej…

Niecały miesiąc później postanawiamy pójść do Torwaru na Moscow City Balet w przedstawieniu: Królewna Śnieżka. Cieszymy się, bo Rosja słynie z dobrego baletu. Już przed halą Torwaru są tłumy. Zaskoczenie, że tak naród ciągnie do sztuki. I potem już pasmo niekończących się złych doświadczeń. Przy wejściu sprawdzanie zawartości torebki damskiej mojej Moniki. Zasiusiana brudna toaleta. Strach wejść. Ludzie ubrani często, jak by to były targi erotyczne, a nie balet. Popcorn. Ratunku, powtórzę, popcorn na sztuce baletowej. 30% ludzi pochylonych nad telefonami komórkowymi, ponad połowa trzaskająca sobie zdjęcia selfie – z głośnikiem, ze sceną, z afiszem, z dzióbkiem, na schodach, na krześle, na scenie…. Wchodzimy na salę. Zgrzeszyłem mając za złe Teatrowi Wielkiemu, że obłazi z farby. Tu wszystko jest takie, jak przystało na długoletni centralny ośrodek sportowy. Brak orkiestry – muzyka z głośników. Plastikowe siedzenia na płycie na tym samy poziomie. Nie widać dobrze sceny, bo wysokie osoby rząd przed praktycznie zasłaniają wszystko do wysokości połowy łydek tancerzy. Mało tego, kiedy już znajduję lukę między głowami dziewczyn siedzących przede mną widzę…. kamerę zasłaniającą scenę. Ale oto jest pomysł – nie widzisz, oglądaj obraz z rzutnika na ekranie. Tam zobaczysz wycinek przedstawienia, który widzi kamera. Jeśli siedzisz w bocznym rzędzie to na wprost nie ma sceny. Ten ekran czasem niestety jest jedyną możliwością zobaczenia przedstawienia. Znowuż siedzenia – krzesła są spięte razem klamrami, żeby się trzymały swoich rzędów. Więc Pan machający nogą przez całą sztukę buja całym rzędem. Ale to nie wszystko, bo Pan jest duży i nie mieści się w obrysie swojego krzesła. Ponieważ szatnia kosztuje aż 2PLN od ubrania, więc ludzie trzymają swoje kurtki między nogami. Wiadomo, że wtedy kolana idą na boki ograniczając przestrzeń innym. Gasną światła i sztuka się zaczyna. Ale zaraz – na widowni nie ustają wędrówki ludów. Wiadomo, że telefony komórkowe są wspaniałe i mają latarki. Więc oglądamy dwa przedstawienia – jedno wystawiane przez moskiewski balet, drugie przez polskie społeczeństwo – jedzące popcorn, komentujące wszystko w sposób zdradzający kompleksy, kiwające się, chodzące z latarkami po sali, nie umiejące się zachować, klaszczące wtedy, kiedy nie trzeba i zachowujące ciszę w momencie, kiedy brawa powinny się rozlec. Artystom z Moskwy nie można zarzucić braku przygotowania, warsztatu, czy włożonej ciężkiej pracy. Niemniej nie zachwyca mnie ten balet zupełnie, mimo kilku diamentów na scenie. Może wina to muzyki z głośników, a może konkurencyjnego przedstawienia i trudności z dojrzeniem sceny. Przychodzi koniec przedstawienia, rozlegają się oklaski i nagle 30% ludzi wstaje i…… światło z lewej, światło z prawej, światło na środek – podczas ukłonów artystów ludzie rozpoczynają wyścig do szatni. Brawa są słabe, część osób siedzi, część stoi, część wychodzi. Na widowni chaos. Scena przysłonięta wychodzącym tłumem. Artyści zdumieni, a może tylko takie moje wrażenie. Bilet droższy niż w teatrze. I teraz zastanawiam się….. kto wpuścił balet w takie miejsce? To zbrodnia. Kto na takie sztuki chodzi i po co? Czy to było wydarzenie kulturalne? To, co działo się na scenie, a to co działo się na widowni, to dwa różne światy. Poczułem się naprawdę źle i chociaż ze sztuką specjalnie związany nie jestem, to taka profanacja przedstawienia, chamstwo, brak ogłady powoduje, że rozumiem skąd o nas kawały o kubku z uchem w środku, Zjednoczonych Emiratach Barów Mlecznych i Kraju Kwitnącej Cebuli.

Jakiś czas temu dane mi było uczestniczyć w rozrywce, której szczerze nie lubię. Jedno z wydarzeń nasza firma postanowiła uczcić w hotelu ze SPA. Moi współpracownicy się bardzo ucieszyli i wybrali chyba największy hotel w okolicy Warszawy. W życiu w takim nie byłem, więc od początku nastawiłem się na przygodę. I się nie zawiodłem. Przyjeżdżamy na miejsce, hotel ogromny. Na miejscu w holu kilkadziesiąt ludzi. Nie ma to jak odpocząć na lotnisku. Harmider. Kolejka. Okazuje się, że nasz pokój jest po drugiej stronie hotelu. Wsiadam na motocykl i jadę. Jadę i oczom nie wierzę, bo hotel wcale nie zamierza się skończyć. Ogromny parking, dmuchany zamek dla dzieci po drodze, wszystko wielkie. Hotel każdym swoim zakamarkiem sadzi się na bycie luksusowym. Tyle, że nie ma tu nic z luksusu. Wszystko tandetne, kiczowate, ogromne, tak, rozmiar – jeśli się choć trochę liczy, tu jest imponujący. Wszędzie bardzo dużo ludzi. Przeważnie firmy, ludzie w garniturach, panie ubrane różnie. Ale omal nie padam, jak widzę, że w takie miejsca ludzie przyjeżdżają sami, prywatnie. Są w stanie wydać kilkaset złotych od osoby na ten wątpliwy luksus przebywania w wieży Babel, wraz z tysiącem innych osób. W czasie wolnym mam szansę pójść na basen. Ogromny hotel, duża szatnia, basenów jest kilka, jakuzzi, basen ze sztucznymi prądami dla dzieci. Moja córka zachwycona. Szukam głównego basenu dla siebie, ale nie bardzo mogę znaleźć. Okazuje się, że to co wziąłem za basen taki dziecinny, to właśnie jest basen główny. Podobnie doznaję szoku, kiedy tak reklamowana sala zabaw dla dzieci, to dwie niewielkie klitki z dość już przechodzonymi klockami, stołem do rysowania i plastikowym domkiem. Tak wygląda luksus? Serio? Ale nie poddaję się złym myślom. Jeszcze czeka mnie zderzenie z obywatelami Cebulandii. Z żoną nie wyglądamy na swój wiek, ale to też nie powinno mieć wielkiego znaczenia. Jakież jest moje zdziwienie, jak przez każde drzwi, które otwieramy zdoła się przecisnąć przed nami jakaś para. Tak bezgłośnie, bez żadnego dziękuję, przepraszam. Myślę, że gdybyśmy postanowili jednak przejść pierwsi, to mogłoby się to skończyć dosyć nieprzyjemnie. Wszak przecież w tych luksusach wszyscy są arystokratami. A że inteligencję nam skutecznie wymordowano podczas wojen, to nie powinienem się specjalnie dziwić zachowaniom rodem z ulicy. Namawiam się na masaż, tak, żeby zobaczyć, jak to będzie. Szlafroczki, jednorazowe buciki, czepek, a nawet bielizna. Powiem szczerze, kapkę zdezerterowałem z użyciem wszystkich tych elementów. Warto wspomnieć o zapachu. Bo przecież luksus musi pachnieć, najlepiej tak intensywnie, żeby można było paść. Ankieta. I czekam. Pojawia się masażystka. Pani zachowuje się bardzo profesjonalnie zręcznie kryjąc zdziwienie, że nie wszystkie klocki z jednorazówek zostały przeze mnie wykorzystane. Radzi sobie spokojnie i z moimi dziwactwami. Nie mogę powiedzieć, że jest nieprzyjemnie. Natomiast po cholerę na siłę puszcza się muzykę przez naszą „arystokrację” uznaną za relaksacyjną. Mnie to brzdąkanie zawsze denerwuje. Po pół godzinie Pani przewraca mnie na plecy i zakrywa mi oczy. Jak się dowiaduję później w ten sposób unikamy niezręczności. Kobietom oczu się nie zakrywa. Wychodzę i właściwie mam ochotę stąd uciec. Tłum ludzi biegających w szlafroczkach, garniturach, dresach. Lotnisko. Odległości podobne jak na London Luton. I widzę, że ludziom jest tak dobrze. Że warto za ten wątpliwy luksus zapłacić, żeby pójść w gigantycznym hotelu na atrapę dużego basenu, dzieci wysłać do sali zabaw, zostać obsłużony w jednej z kilku restauracji, pójść na zabieg SPA, przedefilować w szlafroczku do swojego pokoju, gdzie obok tysiące ludzi robi dokładnie to samo. Ale znowuż można zrobić sobie selfie na basenie, w restauracji, z kręglami, w mini, na parkingu. Niech inni wiedzą, jak się dobrze bawimy.

Wreszcie przychodzi czas na rozrywkę w Krakowie. Wybieramy się z naszą córką do parku. Wchodzą ludzie do parku i mała dziewczynka mówi do nas „dzień dobry”. Baranieję. Przecież „dzień dobry” i to po kilka razy na dzień tej samej osobie mówiliśmy z bratem ponad 30 lat temu. Teraz nikt tego nie robi. Siadamy na ławce i widzimy coś, czego w Warszawie, mojej Warszawie, nie uświadczam właściwie w ogóle. Ludzie wchodzą na plac zabaw i mówią „dzień dobry”. Z uśmiechem. Dzieci podbiegają i też mówią „dzień dobry”. Ludzie do nas zagadują. Tak naturalnie. Jak nie w Polsce. Pełny nadziei wracam do swojego rodzinnego miasta. Wchodzę na swoje własne osiedle, gdzie poza jednym wyjątkiem dzieci w życiu nie mówią „dzień dobry”. Nikomu. Aż dziw, że ze sobą się witają. Przykład idzie z góry. Wielu rodziców, kiedy mówię „dzień dobry” patrzy na mnie cielęcym wzrokiem, jak na zjawę. I coraz częściej nie odpowiadają. Śmiejemy się z Anglików i ich small talków, że takie o niczym, bez sensu. My Polacy jesteśmy o niebo lepsi. Nie popychamy pierdół. Jesteśmy prawdziwi. Niechętni jesteśmy sobie i obcym. A rozrywka w Kraju Kwitnącej Cebuli może być tylko wspaniała, jeśli da się uwiecznić telefonem komórkowym i wrzucić na Facebooka.

Mariusz

Udostępnianie

One thought on “Rozrywki w Kraju Kwitnącej Cebuli

  1. ChomiczkaZeSnów

    Problem z Torwarem mógł polegać na tym, że trafiliście na wycieczkę 😉 Czasem np z zakładów pracy są organizowane i zasilają kina, teatry i tego typu przybytki ludźmi, którzy, delikatnie mówiąc, z pewnością znaleźli się tam przypadkowo i raczej dla towarzystwa, nie dla wydarzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.