Suzuki Intruder 1800 M (VZR 1800 M) – cruiserowych wspomnień czar

  Cały czas myślę o zmianie motocykla, dlatego zapisałem się na jazdy próbne V-Stromem 1000. Przy okazji była dostępna testówka legendarnego Intrudera 1800M, a że gdzieś po głowie ten motocykl mi też chodził jako zwariowana alternatywa, to postanowiłem zderzyć się z marzeniami. Intruder jest power cruiserem, z potężnym silnikiem o pojemności 1800cm3 mocy 125KM i momencie obrotowym 160Nm. O ile może sama moc silnika nie robi wrażenia przy 347kg masy motocykla, to moment obrotowy już tak. Zerwać przyczepność tylnego koła jest łatwo, a jazda na 5 biegu prawie z dowolną prędkością nie jest specjalnie trudna. Ponieważ w sieci znajdziecie doskonałe opisy historii Intrudera, razem z danymi technicznymi, wadami i zaletami, to się ograniczę do swoich własnych spostrzeżeń. Bardzo polecam jednak inne teksty, szczególnie fachowe.

Wygląd – Intruder budził kiedyś mój podziw niemal jako motocykl idealny, skrzyżowanie ciężkiego cruisera z pojazdem Bat Mana. Masywna sylwetka, duża masa motocykla, szeroka opona z tyłu (240mm), duże ładne wydechy i przede wszystkim to, że nie był to ciężki pojazd dla emerytów, ale futurystyczna rakieta. Z czasem zacząłem dostrzegać w Intruderze niestety niedoskonałości – nieciekawa przednia lampa, dzięki której motocykl zyskał przydomek mrówkojada; bardzo dużo plastików, które nawet jeśli imitowały chromowane blachy, to z bliska niestety były połyskującym plastikiem. Zawsze jednak Intruder wzbudzał moje zainteresowanie. Marzył mi się czarny motocykl z chromowanymi elementami. Do jazdy testowej dostałem maszynę w nowym malowaniu, które bardzo podobało mi się na zdjęciach. Szary metaliczny i wszystko poza tym w czerni. Wydechy nie chromowane, tak jak zwykle, ale czarne, matowe. Niestety z bliska widać nieszczęsne plastiki. Z daleka motocykl robi wrażenie.

Pozycja jeźdźca na M-ce jest mało wygodna, o czym zresztą można przeczytać w licznych opisach. Nie tylko nogi, ale i ręce są daleko z przodu, a człowiek jest niczym napięta cięciwa łuku. Cięciwa siedzi co prawda pupą w siodle, a nogi opadają na podnóżki, a ręce na kierownicę, ale wciąż jest napięta. Po zajęciu miejsca na motocyklu, pierwsze co było mi trudno znaleźć to podnóżki. Jak już je znalazłem daleko z przodu, to musiałem się nauczyć zmieniać biegi, co przy moim płaskostopiu i stopie zablokowanej w stawie skokowym jest pewnego rodzaju wyczynem. Znajdowanie biegu jałowego było dla mnie trudne (już widzę w komentarzach lożę szyderców). O wsadzeniu dwóch palców pod klamkę sprzęgła można zapomnieć, z tym, że na manetce wystarczy odsunąć rękę w bok i obsługiwać dwoma palcami sprzęgło. Niestety sprzęgło nie jest hydrauliczne, a w takim motocyklu mogło by być. Kolejnej rzeczy, której szukałem to zegary. Prędkościomierz umieszczony jest na baku. To co widać bez specjalnego problemu to obroty silnika i informacja o wrzuconym biegu (bardzo pomocne), które umieszczone są nieco powyżej baku. Niestety patrzenie na prędkość wymaga od nas przez chwilę nie patrzenia na drogę, co jest dużą różnicą w stosunku do V-Stroma. To samo z innymi wskaźnikami (np. paliwo). Och jak wiele zapomniałem o jeździe Intruderami….

Zapinamy bieg i rakieta rusza. To co oszałamia to basowy ryk silnika i jego cykliczne stukania. Kolejna rzecz to reakcja na gaz – parowóz rusza i to rusza naprawdę szybko pozostawiając wszystkich z tyłu. Miałem przetestować Intruza na drodze ekspresowej, ale wystarczyło ruszyć spod świateł, żeby poczuć uderzenie wiatru w klatkę piersiową. Motocykl testowy nie był wyposażony w żadną szybę chroniącą od wiatru, co niestety ograniczało komfortowe podróżowanie do 120-140km/h. Zrezygnowałem z drogi ekspresowej i pojechałem spokojnie w miasto. Pamiętałem o trudnościach z zatrzymaniem mojego starego Intrudera 800C, więc tutaj trochę histerycznie hamowałem dużo wcześniej. Okazało się, że Intruder hamuje i zdecydowanie warto używać obu hamulców i ten tylny robi dużą różnicę. Nie musiałem trzymać dwóch kilometrów przed sobą, a czerwone światło faktycznie zatrzymywało mnie w przepisowym miejscu. Już na samym początku jazdy miałem do przeskoczenia trzy progi zwalniające i….. nie polecam przejeżdżania ich zbyt szybko. Skok amortyzatorów motocykl ma bardzo krótki i niestety wszystko czuć w kręgosłupie w odcinku lędźwiowym. Każda nierówność, dziura, uskok, próg zwalniający i dodatkowo koleina będzie od razu odczuwalna w kręgosłupie. To skutecznie zabija marzenia o Intruderze, bo moja pasażerka ma chory kręgosłup. A tu niestety nie da się pasażerowi wmówić, że będzie dobrze. Nie będzie. Po V-Stromie niestety nie będzie. Kiedy pogodzimy się już z cyklicznymi uderzeniami w kręgosłup na dziurawej drodze, szybko pojawia się kolejny temat – koleiny. Kiedyś pisałem o zmorze Intrudera 800C. Na V-Stromie zapomniałem o koleinach. Tu szeroka opona z tyłu idealnie wkleja się w koleiny i jest w nie ściągana. Mało tego, jak się stanie na pozornie prostej drodze na światłach motocykl potrafi stać bardzo krzywo. To znak, że gdzieś stoimy w jakiejś mikroskopijnej koleinie. Nie wolno zapomnieć, że motocykl waży. Kiedy zlekceważyłem masę i motocykl mi się pochylił na postoju, szybko musiałem się sprężyć, żeby nie wylądować w idiotyczny sposób na ziemi. Kolejna sprawa – wiatr…. no niestety bez szyby z przodu ciężko powiedzieć, jak ten motocykl jeździ z dużymi prędkościami. Natomiast wiatr boczny nie robi na nim większego wrażenia. Motocykl jest bardzo stabilny w jeździe na wprost. Zmiana pasa, to żadne wyzwanie, jeżdżenie między samochodami – musiałem tylko pamiętać o tym że motocykl jest długi. Natomiast ślimaki i ciasne zakręty to po V-Stromie makabra. Ale jest coś, co wydaje się być w tym zakręcaniu nie takie straszne. Ponieważ koło z przodu nie jest takie szerokie, więc namówić parowóz do zakrętu nie jest tak ekstremalnie trudno. Motocykl nie wali się też tak w zakrętach, jak np. Intruder 800C. I teraz pytanie, czy po prostu lepiej jeżdżę i stąd wrażenie, czy faktycznie 1800 skręca jak na cruisera dobrze. Nie wiem. Z koleinami też miałem wrażenie, że radzi sobie lepiej niż moja mała wersja C, która miała szeroką oponę również z przodu. Tak, czy owak, nawet przy dość prostych zakrętach motocykl wymusza duże pochylenia, których raczej nie przejedziemy 2km/h. Kiedyś pisałem o swoim małym Intruderze, że nie skręca, nie hamuje i nie przyspiesza. 1800M przyspiesza, hamuje, ale wciąż nie skręca. Nie ma też ABSu, który wyciągnie nas z poślizgu. Natomiast jest rzecz, którą Intruder bije na głowę V-Stroma. V-Strom na ulicach miast jest niewidoczny. Ot taki sobie nudny motocykl. Intruder działa na ludzi jak magnes i mało kto przechodzi obok tego motocykla obojętnie. Czy muszę robić przygazówki? Nie, silnik tak bulgocze, że w korku jestem jak pojazd uprzywilejowany. Kierowcy z zainteresowaniem oglądają parowóz i są też bardzo pozytywnie nastawieni. Pojechałem jeszcze poza miasto, gdzie można było nieco szybciej pojeździć. Przyspieszanie – bajka, hamowanie – w porządku, nie jest to super hamowanie, ale działa. Natomiast kręgosłup – makabra. Manewrowanie przy zawracaniu – brakowało mi płyty lotniska. Z żalem jechałem oddać motocykl. Jeszcze niepewny swoich wrażeń, jeszcze jakby mało dostałem po kręgosłupie i wtedy na niewielkim progu zwalniającym w zakręcie podbiło mi koło do góry, tak na twardo i przesunęło mi motocykl w bok. No nie waćpanie! Parowóz jest piękny, pięknie śpiewa i pięknie się prezentuje. Ale nie jesteśmy dla siebie stworzeni. Monika może wreszcie odetchnąć z ulgą. Nic tylko wysłać mnie na jazdy testowe. A mam jeszcze jedno marzenie do przetrawienia. Jest to najbardziej legendarny motocykl Suzuki. Pewnie wszyscy wiecie jaki. I boję się na to wsiąść.

Lewa w górę.

PS. V-Stroma 1000 znowuż nie dane mi było przetestować. Znak jakiś?

Udostępnianie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.